środa, 15 stycznia 2014

z-powrotnik

Bo to że się nie pisze, nie znaczy wcale, że się nie żyje. To oznacza tylko tyle, że człowiek się całkowicie przestawił na odbiór i na własnego bloga zagląda owszem, codziennie, ale tylko po to, żeby zobaczyć, co nowego tam w linkach po prawej.
A tymczasem żyje się i nawet w przerwach między jednym a drugim wyjściem do pracy, próbami zabawy w Perfekcyjną Panią Domu (czytaj: nieudolnymi próbami naśladowania) oraz moją ulubioną aktywnością - przesiadywaniem na blogu Mistrzyni (której, swoją drogą, pani Małgosia R. mogłaby buty czyścić) coś się dłubnie.

 
(Ten clapotis, co go tam kawałek widać, ten tam w różnych odcieniach zieloności, on się robił od sześciu lat, z czego pięć i pół zajęło nabieranie mocy na dnie pudła razem z innymi nieszczęśnikami, na których zabrakło zapału). 

Czasem też się chwyci do ręki szydełko, popełni pół robótki, po czym odłoży na pół roku na dno szafy. Niektóre mają więcej szczęścia od pozostałych i trafiają do pudła w całości.

Niektóre czasem dostąpią zaszczytu trafienia na stół:

  

Ciąg dalszy.. wiadomo, kiedyś. Wypadałoby w końcu pokazać trzy kolejne choinki. :)

wtorek, 27 października 2009

bieżnik

Bo zanim zdążyłam dokonać wiadomego zakupu, aparat zdążył zmienić właściciela. Tak więc chwilowo posiłkuję się cudzymi zdjęciami, jak ta serwetunia z notki poniżej, sprezentowana siostrze jakoś na wiosnę.
Tutaj, zgodnie z obietnicą, wyżej wspomniana w środowisku naturalnym:



Wyglądają trochę jak psu z gardła, bo ja nie zawracam sobie głowy krochmaleniem, prasowaniem i takimi tam.

A tu już grubsza robota. Zabrałam się za nią coś z rok temu, jakoś przed Świętami, o ile mnie pamięć nie myli. W połowie środkowej części straciłam zapał, przeleżakowała więc sobie do marca, kiedy to zabrałam się za nią w zdwojonym tempie, mając w planach wizytę u tej pani jakoś w pierwszym tygodniu miesiąca.
Nie wyrobiłam się oczywiście. Całość skończyłam jakiś tydzień później. A potem miały być frędzle, ale okazały się trochę wyższą szkołą jazdy i pokonały mnie dokładnie. Stąd kolejne leżakowanie, trwające dokładnie pół roku - w połowie września efekt końcowy trafił do punktu przeznaczenia:

Frędzle okazały się zbędne. A nowa właścicielka, w przeciwieństwie do mnie wie, o co chodzi w krochmaleniu. Co widać na załączonym obrazku:

A w związku z obecnością w mieszkaniu mocno małoletniej osoby będącej na etapie chodzenia i ściągania wszystkiego w zasięgu wzroku i małych łapek, bieżnik trafił z ławy na komodę i tam już pozostał. Zwłaszcza, że okazał się (zupełnie zresztą niezamierzenie) idealnie dopasowany wymiarowo:


Ciąg dalszy nastąpi. Zapewne na przełomie lutego i marca ;)

niedziela, 28 czerwca 2009

napóźnik

Gdyby urządzić zawody w odkładaniu notek na później i pozostawianiu bloga odłogiem, zajęłabym pierwsze miejsce na bank. Pierwsze, a po mnie długo nikt.
Gdyby urządzić konkurs p.t. "Komu najwięcej czasu zajmie kupno porządnych baterii do aparatu", patrz wyżej. Nawet nie spróbowałam.
Czasem ktoś sfoci któryś z moich wydłubków, o tak o:


Ale taka mała goła serwetunia, umówmy się, nie jest specjalnie interesującym widokiem, zwłaszcza w porównaniu ze zdjęciami, które można zobaczyć u innych, tam po prawej.
Dlatego apeluję do autorki powyższej fotki o jeszcze choć jedną, z serwetką i jej siostrą bliźniaczką w środowisku naturalnym (ostatnio to środowisko znajdowało się pod doniczką z kaktusem i pod parą małych norweskich trolli).
Tak, siostra, do Ciebie mówię.